Szafy kartotekowe
Stanowił wał z mocnej masy, wał, na którym wznosiły się najrozmaitsze kształty szczątków wulkanicznych. Wyglądało to tak jakby jakieś dziecko z rodu olbrzymów bawiło się głazami bazaltu i wyłamywało je w najdziwniejsze formy, aby przymocować do okrągłego wału.
Średnica tego wału wynosiła dwadzieścia metrów i stanowiła naturalne obramowanie otworu, którego ziejąca ciemna paszcza nie obiecywała nic dobrego.
To był krater wulkanu.Miała tylko jedną przyjaciółkę, przyjaciółkę prawdziwą, dobrą i wierną, a tą była właśnie Jefrouw Mietje. Któż to Jefrouw Mietje? Oto właśnie kołysze się na przystani Funchal okręt, który nie ma sobie równych. Galion był jasno pozłocony, pokład pozamiatany czyściutko. Żagle białe jak śnieg — tak wybielone — a tułów tak osmolony, jakby barka właśnie, dopiero co wyszła z fabryki, a na przednim zagięciu i z tyłu na gwieździe można było odczytać napisane wielkimi literami „Jefrouw Mietje”.
Wystarczy troszkę pomyśleć. — Tak, ale i ja myślę! Niestety, nadaremnie. — Nic dziwnego. — Dlaczego? — Jesteś za długi. Zanim myśl dojdzie od tropu do głowy, mogą upłynąć lata. Twierdzę, że cel tej jazdy nie jest zbyt odległy, w przeciwnym bowiem razie jeździec oszczędzałby konia. — Tak? Słyszę uzasadnienie, ale nie mogę go pojąć. — No, zastanów się, gdyby ten człowiek miał do odbycia jeszcze dzień szafy kartotekowe musiałby dać koniowi bezwzględnie kilkugodzinne wytchnienie, a dopiero potem nadrabiałby zwłokę. Babcia lektury racjonalnie oznajmia twarde karteczki.